wtorek, 4 czerwca 2019

Nie cierpię wścibstwa!!!

Nie cierpię wścibstwa!!! Nie cierpię jak ktoś bez mojej zgody wściubia nos w moje życie!!! A jeszcze bardziej nie cierpię jak ktoś, kto sam ma wiele za uszami, ma czelność komentować moje życie i oceniać to co robię!  W tym wszystkim co powyżej wymieniłem szczególnie lubuje się moja rodzina. Bywali na tyle bezczelni, że nie dość że zaglądali na mojego drugiego, pamiętnikowego bloga, mimo że byli ostatnimi których chciałbym tam widzieć, to jeszcze potrafili zadzwonić do któregoś z moich rodziców, że co ten Stasiek wypisuje! :-) :-) Podobnie było z tym co publikowałem na Facebooku! :-) A GÓW*O NIEPOKALANĄ RODZINKĘ OBCHODZI CO PUBLIKUJĘ! :-) :-)  Ludzie którzy sami mają pełno brudów w swoich domach nie będą mnie oceniać!!! Ja mam na tyle kultury,że nie wpieprzam się w cudze życie i nie pozwolę tego robić innym!!! Zmieniłem adres drugiego bloga, po-blokowałem "niepokalaną rodzinkę" na Facebooku i jak na razie, chwalić Boga, mam spokój ze wścibskimi nosami. NIKT MI NIE BĘDZIE MÓWIŁ JAK MAM ŻYĆ, CO ROBIĆ, ANI CO PUBLIKOWAĆ, A JUŻ NA PEWNO NIE LUDZIE KTÓRZY NIE WIDZĄ BRUDÓW WE WŁASNYM ŻYCIU A SZUKAJĄ GO W CUDZYM! A to że przyciągam do siebie dobrych i wartościowych ludzi, jak np.zaprzyjaźnieni blogerzy, upewnia mnie w przekonaniu, że podążam właściwą drogą :-) A  to że się komuś nie podoba to co robię mam głęboko w .... w sercu :-)

sobota, 13 kwietnia 2019

POWOŁANIE, CZY.... ?

Od kilku dni trwa strajk nauczycieli. Został on wywołany bo, jak twierdzi ZNP, podwyżki zapowiadane przez Ministra Edukacji są stanowczo zbyt niskie. Szefowa MEN zaoferowała wzrost płacy zasadniczej nauczycieli w 2019 roku - od 121 do 166 zł brutto, w zależności od stopnia awansu zawodowego. Według ZNP od 100 do 200 zł podwyżki to zbyt mało. Działacze oczekują podwyżki o ok. 1000 złotych.

Na średnie wynagrodzenie nauczycieli składa się wynagrodzenie zasadnicze oraz zsumowane wszystkie dodatki. Zgodnie z informacją MEN, średnie wynagrodzenie nauczyciela stażysty wynosi - 2 900,20 zł, nauczyciela kontraktowego - 3 219,22 zł, nauczyciela mianowanego - 4 176,29 zł  nauczyciela dyplomowanego -  5 336,37 zł.
Sławomir Broniarz, Prezes ZNP, jako argument za wprowadzeniem strajku nauczycieli podał brak podwyżek dla nauczycieli. Oczekuje od rządu zwiększenia nakładów na oświatę i pensji nauczycieli o 1000 zł, zmianę oceny pracy nauczycieli i ścieżki awansu oraz dymisję minister Anny Zalewskiej.

Rząd w odpowiedzi na postulaty ZNP i wywołanie strajku zapowiedział podwyżkę dla nauczycieli we wrześniu tego roku (pierwsza w styczniu wynosiła 5 proc.). Łącznie wzrost wynagrodzeń to 15 proc., skrócenie stażu zawodowego, ustalenie minimalnej kwoty za wychowawstwo w wysokości 300 złotych, zmianę w systemie oceniania nauczycieli oraz redukcję biurokracji.



To by było na tyle, jeśli chodzi o oficjalne podłoże strajków, które w ostatnich dniach tak bulwersują i dzielą Polaków. Przyjrzyjmy się zatem pracy przeciętnego nauczyciela....
Nauczyciele- grupa najlepiej wykształcona, jak sami o sobie mówią, mają też wiele przywilejów, nieosiągalnych dla innych grup zawodowych. Chroni ich głównie Karta Nauczyciela, dokument przestarzały, nie nowelizowany bodajże od 1986 roku. Wg tejże podstawowym przywilejem jest pensum 18 godzin "przy tablicy" /reszta z 40-godzinnego tygodnia pracy to fikcja, gdyż nikt z tego nauczycieli nie rozlicza/. Tutaj wypada mi dodać, że te różnice wynikają z faktu jakoby nauczyciele musieli mieć czas na przygotowanie się do lekcji na kolejny dzień... Wydaje się to być czystą demagogią; wszak 2+2 zawsze będzie = 4, C3H5(OH)3 zawsze będzie wzorem sumarycznym glicerolu, a 15 lipca 1410 roku to data Bitwy pod Grunwaldem, następnego dnia 2+2 nadal będzie równe 4, C3H5(OH)3 nie stanie się nagle kwasem siarkowym, a 15.07.1410 nie będzie oznaczało zdobycia Bastylii; po roku pracy w zawodzie scenariusze lekcji nauczyciel zna na pamięć... z czegoż ma więc się przygotować? Do tego dochodzi mnóstwo przywilejów socjalnych, m.in urlopy zdrowotne, 56 dni nieprzerwanych urlopów w okresie wakacji letnich...   W zależności od roku można naliczyć 80 dni wolnego nie licząc weekendów, przerwa na ferie zimowe, między Bożym Narodzeniem a Nowym Rokiem... wszyscy mają maks 5dni wolnego, nauczyciele idą do pracy dopiero 2 stycznia... Zawód nauczyciela od lat budzi wiele kontrowersji, a wiele osób jest zadania, że zapisy z Karty Nauczyciela stoją ponad kodeksem pracy. Czy nauczyciele są zatem z "lepszej gliny" ulepieni?

Posłużmy się może facebookową wypowiedzią o. Leona Knabita, wielkiego autorytetu moralnego. Na swoim fanpage'u Ojciec Knabit tak pisze:
"Przedstawiciele różnych zawodów zgodnie twierdzą, że każdy, kto kocha swoja pracę albo choćby ma poczucie odpowiedzialności za to, co robi, bardzo często pracuje o wiele więcej, niż musi. Nauczyciele nie są tu wyjątkiem. Ja gdybym był dzisiaj nauczycielem, do strajku bym nie przystąpił. Znam trochę historie i wiem, jaką cenę płacili polscy nauczyciele za nauczanie polskich dzieci w zaborach rosyjskim i pruskim. I wiem, że podczas okupacji niemieckiej zapłatą dla nauczycieli tajnych kompletów w razie dekonspiracji był obóz lub nawet śmierć. A jednak trwali na służbie Ojczyźnie i jej młodemu pokoleniu.

Dzisiaj strajk jest faktem. Trudno, ale trzeba sobie i społeczeństwu wyraźnie powiedzieć: o dzieci tu nie chodzi, chodzi o pieniądze!" I w kolejnym wpisie wyjaśnia: "...poszedłem za głosem powołania i dołączyłem do grona pasibrzuchów [...]. Mam zapewnione wszystkie potrzeby bytowe aż do końca życia. Nie mam natomiast żadnej stałej pensji, a wszystkie moje wydatki osobiste są kontrolowane, co do grosza przez władze klasztorne. Ewentualne przychody osobiste – trafiają do kasy klasztoru. Wszystkie są opodatkowane..."i dalej czytamy: "Około 50 lat uczyłem dzieci za darmo. Od roku 1949, kiedy to prowadziłem pierwsze lekcje religii, mam żywy kontakt z nauczycielami strajkującymi i nie strajkującymi..."
Czy nauczyciel to powołanie, społeczna służba, czy sposób na życie roszczeniowe, z dużą dozą cwaniactwa?

[TEKST AUTORSTWA ZAPRZYJAŹNIONEJ CZYTELNICZKI która,żeby nie było, w tym wpisie ma inne zdanie niż moje na ten temat. JA OSOBIŚCIE UWAŻAM ŻE KAŻDY,W TYM NAUCZYCIELE, POWINIEN GODNIE ZARABIAĆ I TE PODWYŻKI IM SIĘ NALEŻĄ.]

sobota, 16 marca 2019

PRZECIEŻ NIE ZABIJA SIĘ SKOWRONKÓW... - czyli prawdy i mity o wypalaniu traw.

Co roku na przedwiośniu zaczyna się wypalanie traw. Strażacy biją na alarm, czy mają rację? Przyjrzyjmy się temu z bliska.
Według obowiązującego w Polsce prawa, ten kto wypala trawy, popełnia przestępstwo. Z biologicznego punktu widzenia odpowiedź jest również jednoznaczna. Na ugorach, w niekoszonych trawach, czy na zapuszczonych łąkach toczy się życie wielu organizmów, które wybrały właśnie to środowisko, począwszy od drobnych kręgowców po jeże. Wypalając trawy niszczymy nie tylko ich dom, ale pozbawiamy je życia, na dodatek w ogromnych męczarniach. Humanitarne to nie jest! Bezpieczne też nie! I dla człowieka, który rzuca zapałkę w suchą trawę, i dla otoczenia również, ponieważ wypalane łąki znajdują się często w pobliżu zabudowań lub blisko lasu i w wietrzny dzień ogień bardzo szybko może się rozprzestrzenić. Po długiej zimie roślinność jest wysuszona, przez to łatwopalna. Ogień najczęściej powstaje na łąkach, pastwiskach, ścierniskach, poboczach kolejowych, w lasach i innych terenach zielonych, rolniczych, ogrodowych, a także działkowych. Niebezpieczne są również pożary torfowisk, których całkowite ugaszenie może trwać nawet wiele miesięcy.


Niektórzy twierdzą, że wypalanie suchych roślin użyźnia glebę. Prawda czy mit?
Wydawałoby się, że w XXI wieku nie trzeba już nikomu tłumaczyć, że wypalanie traw i nieużytków nie jest dobrym pomysłem na użyźnianie gleby, ale do niektórych ta informacja jednak nie dociera. Zwyczaj wypalania traw sięga czasów sprzed trójpolówki, ale o ile trójpolówkę zarzucono w XVIII wieku, to wypalanie traw wydaje się w niektórych regionach ciągle popularne. Dlaczego jednak nie powinno wypalać się traw i nieużytków?
Ma to związek z błędnym myśleniem, że wypalenie traw usunie suchą roślinność i pozostałości niezebranych plonów oraz zniszczy chwasty. Tyle, że chwasty na wypalonej ziemi i tak pojawią się jako pierwsze, wyprzedzając wszystkie inne rośliny. Ich nasiona są na tyle odporne, że w większości przetrzymają pożar. Wypalanie traw sprzyja zatem chwastom, wyjaławia ziemię i zabija pożyteczne zwierzęta. Mitem jest też użyźnienie gleby popiołem pozostałym po wypaleniu. Gleba na wypaleniu nic nie zyska, bo po pożarze wyparowuje większość związków azotu znajdujących się w górnej warstwie gleby, a bogaty w minerały popiół zostanie zwyczajnie rozwiany przez wiatr. To jednak nie koniec, bo wypalanie traw jest po prostu katastrofą ekologiczną na objętym pożarem obszarze. Zginą nie tylko na nim tak na nim pożyteczne dla gleby dżdżownice i inne bezkręgowce, ale też owady, które są przyjacielem rolnika w walce ze szkodnikami - jak biedronki czy sprzyjające zasiewom pszczoły. Spłoną też mrówki, płazy, zniszczone zostaną ptasie gniazda, a myszy czy jeże nie zdążą uciec w bezpieczne miejsce. W dobie walki ze smogiem warto też zwrócić uwagę, że w wyniku wypalania traw pogarsza się również jakość powietrza w okolicy.

Do tych, którzy nie są w stanie zrozumieć, ze wypalanie traw nie prowadzi do niczego dobrego być może przemówią pieniądze i przepisy.Jakie kary grożą za wypalanie traw?
Niedawno ARiMR przypomniała, że rolnik, który świadomie wypala trawy może mieć obniżone płatności obszarowe nawet o 20 procent, a jeśli robi to uporczywie Agencja może pozbawić go całości płatności bezpośrednich należnych na dany rok. Ale to nie wszystko. Niereformowalnym miłośnikom wzniecania pożarów grozi kara aresztu, nagany lub grzywny /do 5 tysięcy złotych/, które mogą przerodzić się w coś poważniejszego, gdy od palącej się łąki zajmie się na przykład las albo spalą się domostwa- za zagrożenie życia ludzi grozi nawet do 10 lat więzienia.
Całe szczęście podpalanie traw przez rolników to już dzisiaj margines. Jednak nie tylko rolnicy interesują się wypalaniem. Problem płonących traw to również doskonałe odzwierciedlenie ludzkiej głupoty i braku wyobraźni wśród najczęściej znudzonych lub szukających wrażeń osób. Prześledźmy kolejność zdarzeń, które mogą nastąpić po jednej „niewinnej zapałce”…
Choć na początku płomień jest mały, szybko jednak osiąga prędkość biegnącego człowieka. Wtedy na powierzchni gleby, w roślinności ginie całe życie - począwszy od owadów, pajęczaków, ślimaków, a skończywszy na płazach, gadach i ssakach. Ogień nie oszczędza biedronek, pająków, myszy, młodych zajęcy, ropuch, żab i jeży. Wszystkie te zwierzęta po prostu za wolno lub zbyt późno zaczynają uciekać – nie mają szans z ogromem i potęgą ognia. Zniszczeniu ulegają też rośliny - wszystkie stożki wzrostu, zielone części i odsłonięte pędy. Jeśli jakimś cudem nie zostaną jednak zniszczone, to stopień ich uszkodzeń będzie tak duży, iż rośliny nie będą już w stanie funkcjonować normalnie. Jednak największe zniszczenie ogień powoduje w glebie. Jej górna warstwa jest pełna życia - bywa bowiem, że masa wszystkich organizmów żyjących w niej na jednym hektarze przekracza tonę. W wysokiej temperaturze to bogactwo ginie w ciągu zaledwie kilku sekund. Wraz z nim zanika gleba jako taka - bo bez organizmów żywych gleba przestaje być żyzna, przestaje być tak naprawdę glebą.

Pożar zniszczy wszystko. Znikną rośliny, roślinożercy i drapieżcy i to, co przyrodzie udało się zbudować  przez lata znika w oka mgnieniu. Choć przyroda ma ogromne zdolności regeneracji, to proces taki będzie tu trwał. Dużo czasu zajmie, zanim na nowo odtworzy się gleba, którą będą mogły zasiedlić bardziej wymagające gatunki roślin. Czas potrzebny jest również, aby powróciły pajęczaki, owady i inne stworzenia dawniej tu żyjące - w większości są to organizmy o niezbyt sprawnej lokomocji, co skutecznie ogranicza ich powrót.

Bez względu czy podpalaczami powoduje nuda, brak wyobraźni, głupota, czy też niewiedza, wypalanie traw to niszczenie całego małego ekosystemu - to katastrofa ekologiczna. Dla nas, ludzi, być może tylko w bardzo niewielkiej skali, ale dla owadów, ropuch i jeży - to katastrofa w pełnym znaczeniu tego słowa. Nie wahajmy się więc - reagujmy, gdy tylko spostrzeżemy pierwsze płonące trawy! Dzwońmy pod 112, na straż pożarną, policję bądź straż miejską. Jeden telefon może ocalić nie tylko przyrodę, ale również nasze domy i gospodarstwa.
{Tekst autorstwa zaprzyjaźnionej czytelniczki}






czwartek, 28 lutego 2019

Zapomniani bohaterowie.

"Żołnierze Wyklęci" jako termin historyczno- socjologiczny został użyty po raz pierwszy w 1993 r. w tytule wystawy "Żołnierze Wyklęci – antykomunistyczne podziemie zbrojne po 1944 r". Zorganizowano ją przez Ligę Republikańską na Uniwersytecie Warszawskim. Zainspirowana została ona przez list, jaki otrzymała wdowa po jednym z żołnierzy podziemia. Piszący go oficer ludowego Wojska Polskiego wzywał ją do wyrzeczenia się pamięci o skazanym i zabitym mężu. Dzisiaj możemy go interpretować szerzej, bowiem byli oni w istocie wyklętymi bojownikami o wolność,
opuszczanymi stopniowo przez kolejne grupy, łącznie z hierarchami polskiego Kościoła.
Przyglądając się zatem faktom należy zacząć od samego początku, a więc od relacji polsko-sowieckich w czasie II wojny światowej.
Najpierw, 17 września 1939 r. ZSRR wkroczyło na tereny polskie bez wypowiedzenia wojny, stwierdzając niezgodnie z prawem, nieistnienie państwa polskiego. Stan wojny nigdy nie nastąpił, co zresztą w połączeniu z brakiem
wyraźnego rozkazu obrony doprowadziło do dezorientacji jednostek Wojska Polskiego osłaniających wschodnią granicę.
Wraz z Armią Czerwoną posuwały się szeregi NKWD likwidujące polską inteligencję oraz tzw. "element antykomunistyczny". Część z nich od razu była mordowana, część kierowana do dalszego rozpracowania; na początku 1940 r. kilkadziesiąt tysięcy osób zamordowano w Katyniu, Ostaszkowie, Kozielsku. W kolejnych miesiącach na Wschód wywieziono również rodziny pomordowanych zmniejszając
zagrożenie późniejszych dochodzeń.
Po ataku III Rzeszy na ZSRR podpisano układ Sikorski- Majski. Na jego podstawie utworzono na wschodzie armię, którą zasilić mieli Polacy przebywający w ZSRR. Byli to głównie więźniowie zwolnieni z gułagów, do których dołączyły również osoby cywilne zesłane na Wschód. Szybko też się okazało , że istnieją duże grupy oficerów, których los od wiosny 1940 r. pozostaje nieznany. Masowe groby zaczęto odkrywać już jesienią 1941 r., jednak sprawę
nagłośniono na w drugiej połowie 42 i na początku 43 r. Niemcy wykorzystali Katyń propagandowo pokazując zbrodnie komunistycznego państwa, przed którymi mieli jakoby bronić Europy.
Latem 1942 r. Armia generała Andersa rozpoczyna ewakuację do okupowanego przez Wielką Brytanię Iranu. W kwietniu 1943 r. rozpoczyna się tuszowanie przez Sowietów Zbrodni Katyńskiej, a pod koniec miesiąca następuje oficjalne zerwanie stosunków dyplomatycznych między rządem Sikorskiego i
Stalinem; wszystko pod pozorem wspierania niemieckiej propagandy. Jednocześnie powołano w ZSRR Związek Patriotów Polskich oraz przystąpiono do organizowania kolejnego oddziału wojskowego. Jednostki te miały być już posłuszne rządowi sowieckiemu, a także stanowić podstawowe struktury przyszłej administracji i sił zbrojnych.
W listopadzie '43 r. Armia Krajowa rozpoczęła przygotowania do "Akcji Burza", która miała rozpocząć się w chwili wkroczenia Armii Czerwonej w granice Rzeczypospolitej (rzecz jasna, że chodzi te z 1939 r.). Założeniem tej akcji było przyjazne współdziałanie podziemia przy wkraczaniu Sowietów, ujawnianie się dobrze zorganizowanej administracji Polskiego Państwa Podziemnego, i w razie przyjaznego stosunku ze strony nadchodzącego wojska - ujawnianie również struktur wojskowych. Celem było  powitanie wkraczających w roli gospodarzy i próbę uniemożliwienia tworzenia nowej administracji sowieckiej.
Działania te przyniosły efekty częściowe. Ujawnianie się jednostek Armii Krajowej w nazewnictwie bojowym z września 1939 r. potwierdziło ciągłość organizacyjną wojska. Z drugiej zaś strony żołnierze i oficerowie AK umożliwiali łatwą ich identyfikację, zgrupowanie oraz aresztowanie przez NKWD. Około 50 tys. z nich zostało zatrzymanych w związku z odmową przez nich wstąpienia do Armii Berlinga. Szybko rozpoczęły się także pacyfikacje miejscowości, deportacje oraz morderstwa Polaków przez sowieckie służby, szczególnie intensywne na terenach Kresów, które przypaść miały Związkowi Radzieckiemu. Jednocześnie w Lublinie 22 lipca 1944 r. ujawnia się Polski Komitet Wyzwolenia Narodowego stopniowo coraz ostrzejszy w ocenie londyńskiego rządu i podziemnego państwa.
Pod koniec 1944 i na początku 1945 r. "Akcja Burza" stanowiła już tylkosmutny epilog oficjalnego istnienia Armii Krajowej. Mimo krzywd wyrządzanych ludności polskiej, nienawiść do niemieckiego okupanta nakazywała wielu oddziałom współdziałanie z wkraczającymi jednostkami sowieckimi. Polski rząd w Londynie spotkał się nawet z podziękowaniami ze strony Brytyjczyków doceniających nasze działania dywersyjne.
Jesienią '44 r. gen. Okulicki, dowodzący Armią Krajową po klęsce Powstania Warszawskiego donosił Prezydentowi RP o rozprężeniu i aktach świadczących o wyraźnym spadku morale wśród żołnierzy. Dnia 19 stycznia gen. Leopold Okulicki "Niedźwiadek" wydaje rozkazy, z których pierwszy rozwiązuje Armię Krajową.

Tego samego dnia, gen. Okulicki wydaje również tajne polecenie podległym mu dowódcom: "AK zostaje rozwiązana. Dowódcy nie ujawniają się. Żołnierzy zwolnić z przysięgi, wypłacić dwumiesięczne pobory i zamelinować. Zachować małe dobrze zakonspirowane sztaby i całą sieć radio. Utrzymać łączność ze mną i działajcie w porozumieniu z aparatem Delegata Rządu". Co ważne, ostatni dowódca AK w marcu 1945 r. został podstępnie aresztowany przez NKWD  wraz z innymi przywódcami
polskiego państwa podziemnego i przewieziony do moskiewskiego więzienia na Łubiance. W czerwcu tego roku w tzw. procesie szesnastu skazano go na 10 lat więzienia. Zmarł w nieznanych okolicznościach w sowieckim więzieniu w grudniu 1946 r.
Rozkaz Okulickiego był dylematem dla tysięcy zakonspirowanych członków Armii Krajowej. Stawali oni przed wyborem kontynuowania walki przeciwko Sowietom, ale i narzuconemu
przez nich aparatowi bezpieczeństwa w polskich mundurach czy też godzić się na swoistą pracę u podstaw, budowania wolnej Polski małymi krokami w codziennym, cywilnym życiu, oczekując lepszej sytuacji wewnętrznej i międzynarodowej. Część z nich zasiliła szeregi organizacji Wolność i Niezawisłość, która powstała 2 września 1945 r. w Warszawie.
Organizacja ta przejęła struktury kadrowe i organizacyjne Delegatury Sił Zbrojnych na Kraj, które tuż po wojnie były jeszcze w znacznej mierze uzbrojone, wyposażone, z rozbudowanym systemem łączności oraz majątkiem przekazywanym podczas okupacji sukcesywnie z Londynu. Teoretycznie WiN miała być organizacją cywilną w pokojowy sposób walczącą z łamaniem demokracji i fałszowaniem wyborów. Zostały jednak do niej w naturalny sposób, razem ze strukturą, wciągnięte oddziały partyzanckie z województw lubelskiego, białostockiego i warszawskiego. Około 50 tys z nich ujawniła się jesienią 1945 r. po apelu Jana Mazurkiewicza "Radosława", legendarnego już wtedy dowódcy w Powstaniu Warszawskim.
Mimo ustawicznych zatrzymań kolejnych dowódców przez służby sowieckie i nowej, "ludowej" Polski oddziały WiN prowadziły intensywną działalność.  Do aresztowań (dokonywanych w zasadzie co kilka miesięcy) oraz likwidacji kolejnych oddziałów przyczyniał się fakt oparcia struktury na modelu z czasów walki z nazistami. Do początku 1948 r. służbom komunistycznym udało się tak dobrze spenetrować organizację, że obsadziły nawet jej dowództwo, oraz utworzyły tzw. "V Delegaturę WiN", która pozyskiwała od zachodnich służb środki finansowe na swoją deklarowaną działalność. W kolejnych miesiącach ostatecznie rozbito jej działalność informując opinię publiczną w 1952 r. o dobrowolnym ujawnieniu się dowództwa. Prawdziwym powodem zakończenia akcji miało być przysłanie przez CIA oficerów amerykańskich do wizytacji finansowanej struktury, na co UB nie mógł już sobie pozwolić.
Wobec terroru stosowanego przez NKWD i polskie służby - Milicję Obywatelską, Korpus Bezpieczeństwa Wewnętrznego i Urząd Bezpieczeństwa, tysiące żołnierzy Armii Krajowej nie podporządkowało się apelowi o ujawnieniu bądź powrócili do konspiracji. Spośród nich największą była 6 Wileńska Brygada (WiN) działająca na terenie północno-wschodniej Polski. Walkę z bezpieką prowadziły jednak również mniejsze oddziały, głównie w Wielkopolsce i na Lubelszczyźnie. W ramach działań zbrojnych, będących tak naprawdę kontynuacją prowadzonej wcześniej walki z poprzednim okupantem dokonywano rajdów na więzienia, komendy milicji i pojedyncze likwidacje osób odpowiedzialnych za zbrodnie na Polakach.
Aresztowani dowódcy, o ile byli złapani żywi, poddawani byli bestialskim przesłuchaniom, podczas którym niejednokrotnie wymuszano na nich wygodne dla władz zeznania, np. świadczące o rzekomej współpracy z Niemcami. Jednak nawet błahe z punktu widzenia przesłuchiwanego informacje były istotne dla prowadzących śledztwo, ponieważ powiększały wiedzę aparatu na temat podziemnej organizacji.
Skomplikowana kwestia zarzucanego niekiedy Żołnierzom Wyklętym szowinizmu i zbrodni na tle narodowościowym wymaga szczegółowego wyjaśnienia.
Okupanci często opierają swoją władzę na miejscowych mniejszościach narodowych. Tak było w przypadku sowieckiej okupacji ziem wschodnich II RP oraz przy zajmowaniu przez Niemców terenów Zachodniej Ukrainy. Walka z tak narzuconą władzą staje się więc walką z grupą etniczną, a te spory prowadzą najczęściej do krwawych "rewanżystowskich" zbrodni, czego przykładem może być chociażby rzeź latami dokonywana na Wołyniu.
Różnie przedstawiał się stosunek polskiej ludności do walczących zbrojnie oddziałów. Mieszkańcy wsi zostali przez władzę w dużej części "kupieni" reformą rolną parcelującą wcześniejsze majątki ziemiańskie. Zawiłości polityczne, istnienie dwóch rządów: w Londynie i Warszawie, partyzantka leśna przeciw polskiej już administracji - były to sprawy skomplikowane dla osób wykształconych, a tym bardziej dla pozbawionych informacji mieszkańców wyniszczonej wojną wsi. Oddziały leśne oparte były na współpracy z włościanami, którzy żywili ich i dawali zimowe schronienie, z czasem jednak to poświęcenie zaczęło być traktowane jako przykra powinność narażająca na dotkliwe represje. Zdarzało się więc, że pomoc była wymuszana, co pozostało do dziś w pamięci mieszkańców niektórych regionów Polski.
Oprócz  WiN podstawową siłą podziemia  były Narodowe Siły Zbrojne. Wyrosły one z pnia popularnego przed wojną Stronnictwa Narodowego opartego na idei Romana Dmowskiego. W 1942 r. oddziały podporządkowane podziemnemu Stronnictwu miały być scalone z Armią Krajową, jednak część żołnierzy odstąpiła od tego powołując Narodowe Siły Zbrojne. Nie obowiązywał ich więc rozkaz z 19 stycznia 1945 r. Oddziały te prowadziły walkę zarówno z Niemcami, jak i z Sowietami, jak również z partyzantką komunistyczną złożoną z żołnierzy narodowości polskiej. Jej jednostki prowadziły czynną walkę do początków 1947 r, kiedy służbom bezpieczeństwa udało się rozbić jej główne siły.
Od stycznia 1946 do kwietnia 1947 r. doszło do prawie tysiąca wydarzeń określanych jako uderzenia "band zbrojnego podziemia" na jednostki milicji i bezpieczeństwa. W latach 1947-50 miało miejsce ok 250 takich przypadków, w latach 1950-1956 już tylko 60. Ostatnia duża akcja przeprowadzona została w maju 1946 r., kiedy to z obarczonego złą sławą więzienia w Zamościu uwolniono ponad 300 przetrzymywanych. Ostatecznie opór został złamany na początku lat 50., czego symbolicznym finałem stało się rozbicie w 1953 r. resztek oddziału poległego cztery lata wcześniej Anatola Radziwonika-„Olecha”.
Przez lata pamięć o czynie zbrojnego oporu wobec narzucanej Polsce władzy była wymazywana bądź ograniczana do przypadków rabunków albo jednostkowo dokonywanych zbrodni. Zatrzymywanych żołnierzy skazywano na ciężkie więzienie pod kłamliwymi zarzutami niosącymi największy ciężar w oczach społeczeństwa - współpracy z niedawnym okupantem niemieckim. Na karę śmierci skazano ok 5 tys osób, połowę z wyroków wykonano. Wyroki orzekane były z pogwałceniem wszelkich zasad prawa, często w niezgodzie z regulaminem sądowym, w samych celach skazańców, bez możliwości obrony. W kolejnych latach żołnierzy z lasu próbowano skazać na jeszcze gorszą karę - na zapomnienie i pogardę.
Proces przywracania ich publicznej pamięci oficjalnie rozpoczął Lech Wałęsa nadając w 1995 r. Order Orła Białego Stefanowi Korbońskiemu, jednego z przywódców podziemia w jego pierwszych miesiącach. Najwyższe odznaczenia państwowe nadał im także pośmiertnie Lech Kaczyński.
Ofiary zbrodni komunistycznych dokonywanych w pierwszych latach po II wojnie światowej wciąż czekają na upamiętnienie. Ich rodziny wielokrotnie z pogardą pozbawiane były informacji o losie najbliższych, oczekując ich wypuszczenia przy kolejnych przeprowadzanych amnestiach. Tysiące członków rodzin żołnierzy podziemia nigdy się ich nie doczekało, nie otrzymując nawet informacji o dacie śmierci czy miejscu pochówku. Mimo konspiracyjnych działań, m.in. grabarzy warszawskich cmentarzy, którzy potajemnie spisywali daty i miejsca grzebania ciał, wciąż nie udało się odnaleźć wszystkich.
Od 2011 r. obchodzimy Narodowy Dzień Pamięci Żołnierzy Wyklętych. Jego data, wyznaczona na 1 marca, upamiętnia wyrok śmierci, wykonany tego dnia w 1951 r. na kierownictwie IV Komendy WiN. Pamiętajmy o Nich tego dnia! Pamiętajmy o "Niedźwiadku", pamiętajmy o "Ince"- 17-letnim dziecku jeszcze, które "zachowało się jak trzeba". Pamiętajmy!
[Tekst autorstwa zaprzyjaźnionej czytelniczki]







sobota, 2 lutego 2019

CO TAM SIĘ STAŁO, CZYLI TAJEMNICA PRZEŁĘCZY DIATŁOWA.

Wczorajszej nocy minęło dokładnie 60 lat od tamtych dramatycznych wydarzeń. Warto zatem się zatrzymać nad tą historią, choćby po to, by oddać szacunek tym, którzy wtedy pomarli w tak okrutnych okolicznościach.
Pomimo ostrzeżeń plemienia zamieszkującego te tereny wyruszyli. To, co stało się później, jest tragiczne i przerażające, ale zarazem bardzo tajemnicze.


25 stycznia 1959 roku dziewięciu studentów i absolwentów z Politechniki Swierdłowskiej wyruszyło w góry Ural, a ich celem było zdobycie dwóch szczytów Uralu: Góry Otorten i Ojka-Czakur. Dziś to miejsce nazywa się Przełęczą Diatłowa dla upamiętnienia szefa wyprawy, 23-letniego Igora Diatłowa. Wyprawa, choć trudna i niebezpieczna, dla grupy doświadczonych we wspinaczkach i narciarstwie wydawała się być kolejnym ciekawym przeżyciem.
Tu trzeba zaznaczyć, że tereny te zamieszkiwało tajemnicze plemię Mansów, o którym mówiono, że słynie z agresywności. Mansowie uważali, że Otorten oraz jej okolica jest przeklęta. W ich języku nazwa góry oznacza dokładnie „nie idź tam”.
Studenci zlekceważyli jednak te ostrzeżenia i wyruszyli, aby zdobyć kolejny szczyt. Jak się później okazało, decyzja ta kosztowała ich życie.
Początkowo grupa składała się z 10 osób, jednakże jeden z nich, Jurij Judin zachorował, paradoksalnie więc choroba uratowała mu życie. W góry ruszyło 9 osób /Igor Diatłow, Zinaida Kołmogorowa, Ludmiła Dubinina, Aleksandr Kolewatow, Rustem Słobodin, Gieorgij Jurij Kriwoniszczenko, Jurij Doroszenko, Nikołaj Thibeaux-Brignolle, Siemion Zołotariow; Jurij Judin zmarł  27 kwietnia 2013/.

Wiadomo, że grupa musiała zboczyć ze szlaku i rozbić obóz na górze Cholat Siahl. Na podstawie prowadzonego przez studentów dziennika wiadomo, że 31 stycznia ekspedycja dotarła do granicy lasu, zbudowano mały schron, gdzie pozostawili zapasy żywności na drogę powrotną, po czym kontynuowali podróż. Pierwszego lutego dotarli na zbocze góry Chołatczachl, co w języku ludu Mansów oznacza „Martwa Góra”. Ma to niejako związek z faktem, że na nieporośniętym wzgórzu nie zamieszkują żadne zwierzęta. Pierwotne plany omijały tę górę . Z uwagi jednak na pogarszającą się pogodę, zboczyli z kursu i znaleźli się na zboczu góry, gdzie postanowili rozbić obóz i przeczekać złe warunki atmosferyczne.

Według planu ekspedycja miała powrócić najpóźniej 12 lutego. Brak wieści od grupy zaniepokoił krewnych. Gdy nikt nie dostał żadnego telegramu o sukcesie wyprawy, rozpoczęto akcję ratunkową.
Rozpoczęcie poszukiwań opóźniło się na skutek kilku czynników: braku mapy z naniesionym planem wyprawy, trudności organizacyjnych, niechęci lokalnych władz partyjnych, opieszałości i lekkomyślności władz uczelni oraz zakazu lotów nad strefą wojskową Północnego Uralu. Po kilkudziesięciu godzinach ratownikom udało się jednak dotrzeć do obozowiska rozbitego przez uczestników wyprawy.
To, co tam zastali przeraziło ekipę ratowników. Na miejscu znajdował się namiot, który był rozcięty nożem od środka. Wokół niego porozrzucane były przedmioty studentów. Na miejscu nie znaleziono żadnego ze studentów. Po dokładniejszym przebadaniu terenu przez ekipę ratowników udało się odnaleźć ślady w śniegu. Były one tak chaotyczne, że wskazywały na to, że osoby, które je pozostawiły, uciekły w dużej panice.
W odległości około jednego kilometra od obozowiska znaleziono pierwsze dwa ciała leżące pod drzewem. Okazało się, że ofiarami byli dwaj mężczyźni – uczestnicy wyprawy. Ciała miały poparzone dłonie, co wskazywać mogło na to, że próbowali oni rozpalić ogień i wdrapać się na drzewo. Nieopodal nich leżało ciało szefa całej wyprawy – Igora Diatłowa. Zaraz obok niego odnaleziono kolejnego uczestnika wyprawy oraz ciało jednej z dwóch kobiet, które także brały udział w całej eskapadzie. Na tych pięciu ciałach nie znaleziono żadnych śladów walki i innych obrażeń, poza pękniętą czaszką jednego z mężczyzn. Żadne ślady nie wskazywały na to, że w obozie doszło do sprzeczki czy bójki. Nie było nawet śladów krwi.
Późniejsze sekcje zwłok i badania wykazały, że zginęli oni z powodu całkowitego wychłodzenia organizmu (stroje studentów nie były kompletne, ponieważ uciekli z namiotu w tym, co akurat mieli na siebie ubrane). W tamtym momencie ekipie nie udało się odnaleźć pozostałych czterech uczestników wyprawy. Udało się to dopiero wiosną, kiedy to topniejący śnieg odsłonił jamę, a w niej ciała pozostałych studentów.

Ciała były bardzo mocno poturbowane, z licznymi obrażeniami. Co prawda nie było na nich żadnych otwartych ran czy siniaków, ale wszyscy mieli połamane żebra i inne obrażenia, które porównać można do zderzenia się człowieka z samochodem. Ponadto drugiej z kobiet biorącej udział w wyprawie brakowało języka. To właśnie w tym momencie kończą się fakty i zaczynają liczne teorie spiskowe, przypuszczenia oraz domysły. Nad całą sprawą tragicznej wyprawy studentów ludzie debatują
od kilkudziesięciu lat. Teorie, które potem się wykluły, są niekiedy irracjonalne. Przyjrzyjmy się im bliżej.
Jako jedna z pierwszych pojawiła się teoria o chorobie popromiennej. Osoby, biorące udział w pogrzebach uczestników wyprawy, opowiadały, że skóra studentów była nienaturalnie żółta, a ich włosy były całkowicie siwe. Taki wygląd ciał rzeczywiście  wskazywałby na chorobę popromienną.
Inne z domysłów mówią o tym, że za śmierć studentów odpowiada plemię Mansów, którzy w
ten właśnie sposób chcieli się zemścić na osobach, które wtargnęły na ich ziemie. Na poparcie tej teorii zabrakło jednak dowodów, szczególnie że osoby, które badały miejsce całej tragedii całkowicie wykluczyły, udział osób trzecich w śmierci studentów.
Zdarzenia, do których doszło w Przełęczy Diatłowa, próbowano również tłumaczyć działaniami wojska i tajemniczą eksplozją, do której miało tam dojść. Ludzie twierdzili, że na tym terenie mogła znajdować się tajna jednostka wojskowa, która nie mogła tolerować obecności osób trzecich w jej rejonie.
Kolejne pojawiające się hipotezy w tej sprawie były już zdecydowanie bardziej nadprzyrodzone i paranormalne. Wspominano o tym, że studenci mogli spotkać tam kosmitów, którzy chcieli ich porwać lub mogło tam także dojść do spotkania wycieczkowiczów i „Yeti”, na co wskazywać miały chaotyczne ślady ucieczki.
Kilka lat temu sprawą zajął się amerykański pisarz Donnie Eichar. Przez cztery lata badał on najdrobniejsze szczegóły tej sprawy. Jego zdaniem do grupy studentów przebywającej już w namiocie dotarły bardzo niskie infradźwięki, które mogły doprowadzić do wybuchu paniki i chaotycznej, niekontrolowanej ucieczki, która była aż tak bardzo tragiczna w skutkach. Według pisarza to zjawisko jest całkowicie naturalne. Jest ono jednak niesłyszalne dla ludzkiego ucha. Powoduje jednak uczucie silnego niepokoju, które mogły wywołać na przykład odgłosy wyjącego w szczelinach skalnych wiatru. Teoria Eichara wydaje się całkiem logiczna, nie wyjaśnia ona jednak najczęściej zadawanych pytań – co spotkało czwórkę studentów, których ciała zostały odnalezione w jamie? Dlaczego jedna z kobiet nie miała języka? Połamane żebra i odcięty język nie są przecież skutkiem paniki.... więc co się stało w Przełęczy Diatłowa równo 60 lat temu?
[TEKST AUTORSTWA ZAPRZYJAŹNIONEJ CZYTELNICZKI]

poniedziałek, 21 stycznia 2019

"I TY BRYTUSIE PRZECIWKO MNIE?" - wybrane przypadki mordów politycznych w dziejach Polski i świata.


Od wieków, od zarania ludzkości właściwie, możliwości jakie dawała władza, były czymś tak dalece pożądanym, iż stawały się motywem zbrodni. Przyjrzyjmy się zatem temu zjawisku.
W ostatnich dniach cała Polska przeżywa zabójstwo prezydenta Gdańska. Jego tragiczna śmierć to kolejny przypadek mordu osoby publicznej, dokonanego na oczach wielu świadków.
Podobnie, bo publicznie, stało się 15 sierpnia 44 roku p.n.e. Na ten dzień zaplanowano zamach na Juliusza Cezara, który choć ostrzegany o takiej możliwości, zlekceważył zagrożenie i nieuzbrojony, bez ochrony zginął pod ciosami kilkudziesięciu sztyletów. Ostatni cios zadał Cezarowi Marek Brutus, a do historii przeszły słowa konającego: "Et tu Brute contra me?". Jest to chyba najsłynniejszy zamach w historii ludzkości.


Niewiele rzadziej wspomina się o Katarzynie Medycejskiej. Kim ona była, prócz bycia żoną delfina? Czy na tyle tolerancyjną, by żyć zgodnie z kochanką męża, czy bezwzględną morderczynią, "autorką" jednej z najkrwawszych rzezi na tle religijnym? Nie da się zaprzeczyć jednemu i drugiemu: cierpliwie znosiła obecność 20 lat starszej Diany de Poitiers, ale to też ona zgotowała innowiercom Noc Świętego Bartłomieja. Początkowo chodziło jedynie o zabicie niewygodnego hugenockiego admirała Coligny'ego, ale zamach ten się nie udał. Katarzyna postanawia zatuszować sprawę, zbiera oddanych sobie ludzi i przekonuje syna, że trzeba zabić Coligny'ego i pozostałych przywódców hugenockich. Plan wchodzi w życie, ale sytuacja wymyka się spod kontroli. Na kilku zabójstwach się nie kończy i zaślubiny Margot z Henrykiem z Nawarry kosztują życie ok. 3 tyś. ludzi. Postać Katarzyny urosła do rozmiarów legendy, głównie za sprawą tej rzezi.
Nieco wcześniej /lata 30-te XIV w./ , ale za to z "zamieszaną" w to Polską rozgrywała się historia Klary Zach. Z początkiem 1330 roku 20-letni wtedy Kazimierz wysłany został na dwór węgierski, gdzie królową była jego siostra, Elżbieta. Obecność Kazimierza nie byłaby tak głośna, gdyby nie wypadki, jakie nastąpiły tuż po jego wizycie. Znaczący szlachcic węgierski Felicjan Zach, ojciec jednej z dwórek Elżbiety, dokonał zamachu na Karola Roberta, króla węgierskiego, i jego rodzinę. Wszedł do komnaty, w której przebywała królewska rodzina- ranił monarchę, a Elżbiecie, chcącej osłonić męża, odciął mieczem 4 palce. Nie wiadomo, jakby się skończyła ta sprawa, gdyby nie dworzanin Jan Cselseny, który zabił Zacha. Motywem postępowania nieszczęsnego Felicjana był rzekomy gwałt dokonany przez Kazimierza na jego córce Klarze.
Zemsta Karola była sroga. Poćwiartowane zwłoki zamachowca wystawiono na widok publiczny, Klarę zaś oszpecono i i obwożono po kraju. Król wytępił także krewnych Zacha i skonfiskował ich majątki.
15 listopada 1620 r. Michał Piekarski, szlachcic ze wsi Binkowice, dokonał zamachu na Zygmunta III Wazę. To właśnie od tego zdarzenia swą etymologię wywodzi powiedzenie "pleść jak Piekarski na mękach". Powiedzenie to ma źródło w torturach, jakim zgodnie z ówczesnym zwyczajem został poddany ów Piekarski. Podczas tortur rzeczony Piekarski utrzymywał m.in. że mord na królu zlecił mu anioł.
W młodości szlachcic ów uległ wypadkowi, wskutek czego oszalał. Był naprzemian melancholijny i porywczy, a próba zabicia Zygmunta nie była pierwszą na jego koncie. To szaleństwo skłoniło nieszczęśnika do dokonania zamachu, ale dlaczego akurat na króla się targnął? Prawdopodobnie powodowała nim zemsta za decyzję monarchy o ustanowieniu nad obłąkanym kurateli rodzinnej, co szlachcic uznał za hańbę. Czy to czegoś Wam nie przypomina? ...bo mnie bardzo.

Lata mijały, nadal dokonywano zbrodni. Nastał wiek XX. W Europie kotłowało się na Bałkanach. 28 czerwca 1914 arcyksiążę Ferdynand Habsburg z małżonką zginęli od strzałów 18-letniego Bośniaka, Gawriło Principa. Zamachowiec został natychmiast pochwycony i z uwagi na młodziutki wiek, skazany jedynie na 20 lat ciężkiego więzienia. Zamach ten uznany został za bezpośrednią
przyczynę wybuchu I Wojny Światowej, a data zamachu jest oficjalną datą rozpoczęcia tej wojny.
Kiedy kończyła się I Wojna, Polska odzyskała niepodległość. Pierwszym prezydentem wolnej już Ojczyzny został wybrany Gabriel Narutowicz. Po jego wyborze w dniu 9 grudnia 1922 r ukazał sie szereg artykułów nieprzychylnych Narutowiczowi, zawierających inwektywy, pogróżki napaści, organizowano demonstracje przeciwko temu wyborowi. Jednakże 11 grudnia Narutowicz został zaprzysiężony, a 15 grudnia oficjalnie objął urząd- jedyną formalną decyzją, jaką podjął, było podpisanie aktu łaski dla pewnego więźnia skazanego na śmierć. Następnego dnia sam już nie żył. Zamachowiec, Eligiusz Niewiadomski, przez wielu uznany za szaleńca, został jednak skazany na karę śmierci. Wyrok wykonano 31 stycznia 1923 roku.
Mijały kolejne lata, przez świat przetoczyła się II Wojna Światowa, a kiedy ta się zakończyła, a świat się nieco uspokoił, 22 listopada 1963 r w Dallas dokonano zamachu na J.F. Kennedy'ego. Był 35 prezydentem USA, a od jego śmierci minęło 55 lat.
Można by mnożyć jeszcze przykłady mordów politycznych, można przeszukiwać historię, a przykładów znalazłyby się setki. My wróćmy jednak do najnowszych wydarzeń.

Wszyscy wiemy, jak bardzo oburzyło świat to, co się stało kilka dni temu w Gdańsku. Podczas pełnienia obowiązków służbowych zginął prezydent tego miasta, Paweł Adamowicz. Morderca na ustach miał przeciwników politycznych partii, z której wywodził się zamordowany. Noża użył Stefan W, ale to regularnie wzbudzana i podsycana nienawiść zabiła Prezydenta Adamowicza. Zło bowiem ma to do siebie, że systematycznie i długo gromadzone, kiedy chce się wylać, ścieżkę do tego znajdzie. Tak też się stało w Gdańsku i zło spotkało dobrego człowieka.
[Tekst autorstwa zaprzyjaźnionej czytelniczki]





poniedziałek, 31 grudnia 2018

SKĄD SIĘ WZIĘŁO "DO SIEGO ROKU"?

Chciałoby się napisać, że pachnie Nowym Rokiem, ale tak naprawdę to pachnie kapustą na bigos, grzybkami i świeżo zaparzoną kawką... Szykujemy się powoli na dzisiejszy wieczór. Za oknem raczej nie świątecznie, bo nie ma śniegu i jest +5 C. Ogólnie atmosfera leniwego oczekiwania... Lubię to, wiec pomyślałam, że pożyczę wszystkim "Do Siego Roku".
Wiele razy zastanawiałam się skąd tak naprawdę to powiedzenie się wzięło. Tłumacząc sobie jego pochodzenie ze staropolszczyzny, znalazłam w końcu kilka wyjaśnień.
"Kalendarz polski" z 1714 roku podaje, iż

zwyczaj ten pochodzi od naszych przodków, "gdy gospodarz, łamiąc opłatek z rodziną swoją i czeladką, życzy każdemu: "Ażeby Bóg dozwolił doczekać Do siego roku" i nawzajem podobne życzenia odbiera."
Twierdzili niektórzy, że jest to dawne wyrażenie słowiańskie: "Do siego", lecz bardziej rozpowszechniona jest legenda o Dosi, krakowskiej mieszczce, białogłowie zacnej, miłosiernej i pracowitej, "nie szkodzącej nikomu, a chętnie, w miarę swej możności, dopomagającej poczciwym bliźnim". Bóg też jej błogosławił, bo doczekała późnego wieku, gdyż żyła więcej niż sto lat, a zawsze zdrowa, wesoła, dobroczynna. Zgasła w Wigilię Bożego Narodzenia. Ludzie długo żałowali Dosi; kto komu dobrze życzył, mówił: "Życzę ci Dosiego roku". To jest żyj tak długo i tak szczęśliwie, jak owa poczciwa Dosia.
Ignacy Potocki źródłosłowu tych życzeń nakazywał szukać w wyrazach "do wszego" czyli wszelkiego roku, to

jest "do lat następnych", co potem zmieniło się w wymawianiu "do wsiego", a nareszcie "do siego roku".
Słownik Wileński Orgelbranda, pod wyrazem Dosi, ia, ie (!), takie daje objaśnienie: "przymiotnik, używający się tylko w następnych wyrażeniach: Dosiego lata, Dosiego roku, które przez jednych uważają się za skrócenia zamiast do wsiego r., wszego (t. j. wszystkiego) lata, roku; przez drugich za przemianę, zamiast do siego (t. j. do tamtego, do przyszłego) lata, roku,
wyprowadzać to od wyrazu "Dosia".
Prof. Łepkowski prowadząc swoje badania na terenie Wielkopolski doszedł, iż "Dodkiem zwie lud arcy starego człowieka we wsi, mianując Dodką, Dodkową i Dośką żonę jego, jeśli równie podeszła wiekiem. Rozumiem więc, iż życzyć sobie Dosiego roku, znaczy toż samo, co pradziadowskich lat".
Wreszcie O. Kolberg, nasz najbardziej znany etnograf i badacz kultury ludowej jeszcze inne wyjaśnienie proponuje: "Życzenie to nie konieczne do długiego ściąga się życia, ale i do
obfitości urodzajów tegorocznych (do syta dosyć). Przynajmniej chłopi w ten sposób życzenie to sobie tłumaczą."
Cóż więc sądzić o tym zagadkowym wyrażeniu? Zdaje się, że odpowiedź jest prosta i właśnie dlatego, że prosta, daleko jej szukać nie trzeba. "Siego" jest drugim przypadkiem dobrze znanego w językach słowiańskich zaimka wskazującego; brzmi on po starosłowiańsku si, a "do siego" znaczy w tym języku - dotąd; nie ulega zatem wątpliwości, że wyrażenie "do siego roku" oznacza życzenie, abyśmy dożyli do tamtego, do przyszłego roku.
Łammy się więc tegorocznym chlebem, życząc sobie: "Do siego roku!"
[Tekst autorstwa zaprzyjaźnionej czytelniczki]
[A ja wam moi drodzy życzę by ten nowy rok przyniósł wam 365 wspaniałych, przepełnionych uśmiechem dni]

[Na koniec roku postanowiłem ulitować się nad rodziną, która w sposób żałosny i nieudolny próbuje zdobyć adres mojego drugiego bloga i podać im jego adres: www.pocalujciemisiawdupezalosniidioci.blog.pl] :-)

środa, 19 grudnia 2018

Wigilia dawniej i dziś.

Zbliżają się najbardziej przez nas ulubione święta, święta Bożego Narodzenia. Za co je tak bardzo lubimy? Pewnie większość z nas powie, że za choinkę, nota bene wcale nie polski zwyczaj, tym niemniej bardzo miły. Niektórzy, głównie dzieci, zawołają, że za prezenty, dorośli za ogólną atmosferę, nastrój podniosły i wzruszający, za jadło świąteczne, pachnące korzeniami, bakaliami i tradycją. Już niedługo, już za kilka dni usiądziemy do wspólnego stołu...
I mimo, że przyrządzenie tradycyjnych dań wigilijnych zabiera mnóstwo czasu, to większość z nas nie  wyobraża sobie tego wieczoru bez potraw przygotowanych w domu zgodnie z

rodzinnymi recepturami. Jesteśmy przekonani, że smakują lepiej. Nic w tym dziwnego - związane są z nimi pozytywne emocje.
Co jakiś czas zmienia się nasz smak. Jedne potrawy przestają być modne, inne zyskują na popularności. Rozwija się rolnictwo, z pewnych upraw rezygnujemy, zaczynamy hodować nowe. Jadłospis wieczerzy wigilijnej również uległ zmianie. Niektóre popularne kiedyś potrawy odeszły w zapomnienie.
Dzisiaj, gdy tyle mówi się o lokalności, jeszcze bardziej warto zadbać o to, by na stole
wigilijnym znalazły się rodzime, sezonowe (i niekiedy zapomniane) płody pola, sadu, ogrodu, lasu i wody. A stare książki kucharskie to kopalnia arcyciekawych inspiracji.
Dawniej, w zależności od regionu, stanu czy pochodzenia liczba wigilijnych dań różniła się. „Na jednych stołach smakołyków wiele, na innych kasza, śledzie i korpiele” – to powiedzenie podkreślało różnice w świętowaniu Wigilii przez różne warstwy społeczne. U włościan podawano pięć lub siedem dań, dziewięć u szlachty, a 11 lub 13 u arystokracji.
Zwyczaj przyrządzania 12 potraw wigilijnych ukształtował się najpewniej na przełomie XIX i XX wieku. „Dwunastka” symbolizowała 12 miesięcy, bądź 12 Apostołów.
Wigilijna wieczerza pnie mogła się odbyć bez barszczu z uszkami z farszem grzybowym. Dzisiaj Wigilię najczęściej zaczyna się właśnie od tej zupy (z ręcznie robionymi uszkami ). Wigilijny barszcz jest wykwintny w swojej prostocie. Wymaga esencjonalnego
buraczanego kwasu, najlepiej domowego, nastawionego tydzień lub dwa wcześniej, wykończonego ulubionym wywarem grzybowym.
W wielu domach zamiast barszczu podaje się aromatyczną zupę grzybową z polskich suszonych leśnych grzybów, najlepiej z cienkimi, domowymi łazankami. Rzadziej spotykana jest zupa rybna, postne i zaskakujące wersje białego barszczu, żur z wyjątkowymi, kiszonymi rydzami albo słodka zupa migdałowa.
Na wigilijnym stole nie mogło- i nie może- zabraknąć ryby. Dawniej był to szczupak w sosie szafranowym, obecnie najczęściej na naszych stołach gości karp przyrządzany w chrupiącej panierce.
jeden z najstarszych polskich przepisów, to gotowany karp w sosie piernikowym z rodzynkami i migdałami. Kto dziś tak podaje? Jednak w swoim czasie karp na szaro rozsławił kuchnię polską, ba, w kuchni europejskiej nazywany jest carp a la polonaise, czyli karpiem po polsku. Przygotowanie karpia na szaro wymaga dwóch składników, o które coraz trudniej: krwi upuszczonej z żywej ryby oraz specjalnego mocno przyprawionego i niesłodzonego piernika.
Jednak przez lata wytwornym daniem wigilijnym był jednak nie karp, ale jesiotr. Właściwie to kawałek pieczonego lub duszonego jesiotra bałtyckiego, który osiągał rozmiary ponad 2 m długości i 130 kg wagi. Dzwonko tej ryby wystarczało na 8-10 osób. Niestety na początku XX w. populacja jesiotra tak gwałtownie zmalała, że znikł również ze świątecznych półmisków. Obecnie uznaje się jesiotra bałtyckiego za gatunek zanikły w Polsce.
Za niezwykle wykwintne danie uchodziła kiedyś kasza ze śliwkami, a nam, wręcz skąpanym w cukrze trudno wyobrazić sobie, iż do poł. XIX w jedynym źródłem słodyczy były suszone owoce i miód. Cukier był zbyt drogi i dla większości niedostępny.
Wszędzie tam, gdzie na podmokłych torfowiskach rosła żurawina popularnym świątecznym deserem był kisiel z jej owoców. Kwaskowato-cierpkim ze względu na żurawinę, słodkim od mączki cukrowej kisielem delektowali się rodacy na wschód od Bugu przez cały wiek XX. Dzisiaj to już relikt przeszłości. Prosty deser wyparły świąteczne ciasta.
Wir historii porwał ze sobą również śliżyki wileńskie. Te niewielkie ciasteczka wielkości opuszki kciuka pieczone z drożdżowego ciasta podawano w wigilijny wieczór ze słodką masą makową. To pracochłonne danie obecnie podają na Wigilię tylko potomkowie wilniuków.
Ciekawe, która wigilijna potrawa odejdzie w zapomnienie za kolejne 20, 50, czy 100 lat? Co nasi potomkowie uznają za tradycję, a czego się wyprą? A jak to u Was jest? Co gościło dawniej na stołach Waszych przodków, a co teraz bywa na stołach wigilijnych?
WESOŁYCH ŚWIĄT KOCHANI!
[Tekst autorstwa zaprzyjaźnionej czytelniczki]

sobota, 8 grudnia 2018

O tym co się dzieje z nami w nocy

Pewnie każdemu z nas zdarzyło się nieraz zamyślić nad tym, co się śniło nam samym, czy innym. Niektórzy pewnie znaczenie snu skwitują wzruszeniem ramion i stwierdzeniem, że to głupota na poziomie wiary w horoskopy. Jest jednak udowodnione naukowo, że sny odzwierciedlając nasze myśli, pragnienia i obawy, mają swoje znaczenie. Warto się nad tym zatrzymać, ale by rozważyć istotę snu należy rozważyć jego definicję. Wg fizjologów jest to czynnościowy stan ośrodkowego układu nerwowego, pojawiający się cyklicznie w rytmie
dobowym. Ciekawostką jest tu fakt, że u niektórych zwierząt półkule mózgowe śpią na zmianę- tak się dzieje np u psów, czy delfinów. Także zapotrzebowanie na sen jest różny.
Sen ma swoje fazy: pierwszą jest faza NREM oraz druga faza REM. I to właśnie w tej drugiej fazie snu najczęściej występują marzenia senne. Tak naprawdę są to serie dźwięków, obrazów, emocji występujące w czasie snu, podczas gdy po przebudzeniu sen pamiętamy jako ciąg zdarzeń, zdarzeń bardzo realistycznych, dotyczących życia, problemów codziennych.

W XIX w udowodniono zależność między a przeżywanym w tym czasie marzeniem sennym. Pokazano też, że sny są najczęściej z sytuacją śniącego. Warto przy tym zaznaczyć, że dziecko nie rozumie zjawiska snu, dopiero ok. 10 roku życia zaczyna pojmować,że sen pochodzi z głowy, że śni się go wewnętrznie.
 Sny są tworami fizjologicznymi o charakterze wizualnym i słuchowym. Doświadczenie snu odbierane jest bardzo realistycznie i dotyczy życia na jawie. Najczęściej określamy je jako koszmar albo marzenie senne. Treścią koszmaru jest wydarzenie niebezpieczne, zagrażające życiu, a towarzyszą temu negatywne emocje typu gniew, złość, lęk. Mogą one czasem spowodować bezsenność i inne negatywne skutki.
Koszmary senne pojawiają się u dzieci ok 3 roku życia i czasem są pamiętane w życiu dorosłym. Mogą się wiązać
z sytuacjami rodzinnymi, których dziecko nie rozumie, np rozwód, przeprowadzka, rozłąka spowodowana pobytem w szpitalu.
Dorosłych koszmary senne nawiedzają w sytuacji przemocy domowej, u kobiet- ofiar gwałtu, u weteranów wojennych koszmary są częścią zespołu stresu pourazowego. Naukowcy szacują, iż ok. 4 % dorosłych doświadcza tych zaburzeń snów, podczas gdy u dzieci i młodzieży jest to nawet 70 %.
Zaburzenia takie są leczone, zaś minimalnym kryterium diagnostyczne to powracające epizody przebudzeń ze wspomnieniem silnego niepokoju związanego z treścią tego, co się śniło.
Jak się pozbyć koszmarów? Istnieje kilka dróg prowadzących do wyeliminowania przerażających snów z naszego życia. Są rozmaite terapie i metody radzenia sobie z tym problemem. W niektórych przypadkach stosuje się terapię farmakologiczną - zawsze pod kontrolą lekarza. W przypadku terapii behawioralnej nie poleca się tu psychoterapii indywidualnej z psychologiem, czy psychiatrą. Podstawowym jednak krokiem do poradzenia sobie z jakimkolwiek zaburzeniem snu jest analiza i zmiany nawyków związanych ze spaniem.
I wiele by jeszcze pisać o tym, co nam się śni. Wszystko zależy od tego, co nas spotyka w życiu na jawie. Temat- ciekawy i na tyle rozległy- wymaga obietnicy dalszego ciągu sennych rozważań... i to już w najbliższym czasie.
[Tekst autorstwa zaprzyjaźnionej czytelniczki]

niedziela, 11 listopada 2018

WOLNA I NIEPODLEGŁA!

Polska.... wolna i niepodległa. Taką ją mamy, choć trudna była droga do wolności. Przez 123 lata
"zrzucał uczeń portret cara, ksiądz Ściegienny wznosił modły; opatrywał wóz Drzymała, dumne wiersze pisał Norwid."
Wcześniej, w wyniku zaborów państwo polskie wymazano z mapy Europy... ale...
" ... kto szablę mógł utrzymać, ten formował legion, wojsko. Żeby Polska była Polską".


Niestety, liczne powstania nie doprowadziły do odzyskania wolności narodowej. Dopiero światowy konflikt, w którym wzięły udział wszystkie kraje zaborcze, stał się szansą na niepodległość. Ale zanim do tego doszło, Polak pokazywał, że nie godzi się z niewolą.
Tuż po II rozbiorze wybuchło Powstanie Kościuszkowskie, pierwszy zryw niepodległościowy, zainicjowany głównie w obliczu zagrażającej całkowitej utraty państwowości. Wtedy większość społeczeństwa
rozumiała już, że II Rozbiór to wstęp do całkowitej likwidacji państwa. Nie podzielano opinii króla Stanisława Augusta, który miał nadzieję na utrzymanie resztek Rzeczypospolitej, rzecz jasna pod protektoratem rosyjskim.
Jednakże brak poparcia ze strony szlachty, jak również ze strony państw europejskich i nieciekawe dla szlachty hasła /uwłaszczenie chłopów/ doprowadziły do klęski Insurekcji.
Mijały lata, stronnictwa patriotyczne rozwijały swą działalność. Z każdym rokiem, w każdym zaborze rósł opór przeciw zaborcy, aż przyszedł czas na kolejny zryw zbrojny, Powstanie Listopadowe.

Był rok 1830. Car łamał konstytucję, urzędnicy carscy , a także wielki książę Konstanty szczycili się brutalnością wobec Polaków. Zwycięskie powstania w Belgii i Grecji, rewolucja we Francji, dodawały sił w dążeniu do uzyskania suwerennego państwa.
Jednak i to powstanie upadło, nie tylko z uwagi na przewagę militarną Rosji. Przyczyniły się do tej klęski nieudolność , niezdecydowanie i brak wiary w zwycięstwo kolejnych wodzów naczelnych. W powstaniu nie brało udziału całe społeczeństwo. Brakowało bowiem decyzji sejmu w sprawie reform dotyczących ludności wiejskiej .
Skutki Powstania Listopadowego i jego upadku były tragiczne. Uczestników, głównie oficerów i działaczy politycznych, skazywano na śmierć, więzienie lub zsyłano na Syberię. Konfiskowano majątki, ograniczono autonomię przez likwidację sejmu i wojska. Rozpoczęto niszczenie oświaty i kultury- zamknięto polskie uniwersytety w Warszawie i w Wilnie. Następowało wynarodowienie, w szkołach średnich obowiązywał język zaborcy.
I tak nastał czas na Powstanie 1863- 1864. Było ono najdłużej trwającym zrywem niepodległościowym, a do walk wciągnięto wszystkie warstwy społeczne. Choć bezpośrednią przyczyną do wybuchu Powstania Styczniowego było zarządzenie branki, czyli poboru młodych Polaków do wojska rosyjskiego, to to już wcześniej trwały przygotowania do tego zrywu. Nasilały się bowiem represje wobec Polaków dążących do odzyskania niepodległości.
I to powstanie upadło, a jego skutkiem była całkowita utrata autonomii przez Królestwo Polski, które od tego momentu nazywano Krajem Przy wiślańskim. Uczestników wymordowano, zamknięto w kazamatach, zesłano na Syberię. A naród nasz dalej trwał w swojej polskości. Trwał w modlitwie i tradycji, broniąc polskiego słowa, polskich zwyczajów. Kobiety polskie po upadku Powstania Styczniowego nosiły żałobę i czarną biżuterię. To tak bardzo rozsierdziło Rosjan, że car zakazał noszenia czarnego stroju. Jeśli ktoś chciał go nosić ze względu na śmierć członka rodziny, musiał wcześniej uzyskać zgodę władz. W przeciwnym wypadku groziła wysoka grzywna.
W tym miejscu należy też godnie wspomnieć pieśń "Boże, coś Polskę", która w swoim czasie konkurowała do roli hymnu narodowego. Rozwinęła się z hymnu z 1816 r "Boże, zachowaj Króla", od 1818 r znana pod tytułem "Pieśń narodowa za pomyślność Króla". Hymn ten powstał na zamówienie wielkiego księcia Konstantego i był adresowany do cara Aleksandra I. Pierwotnie używano w refrenie słów: :Naszego Króla zachowaj nam Panie", jednakże już rok później w tym miejscu śpiewano: Naszą Ojczyznę racz nam wrócić Panie." Pieśń tę poddawano różnym przekształceniom, nazywając ją m. in. Marsylianką 1863. Początkowo nie budząca podejrzeń carskiej cenzury, w 1862 roku została jednak zakazana.
Wielokrotnie lud polski podnosił dumnie głowy, wiele podejmował działań, by powróciła ukochana Polska. Dopiero chaos spowodowany przez zakończenie I Wojny światowej umożliwił odzyskanie państwowości. Na terenach zaborczych rozpoczęto spontanicznie rozbrajanie wycofujących się oddziałów niemieckich. Już 27. XII 1917 wybuchło Powstanie Wielkopolskie, nasz jedyny zwycięski zryw niepodległościowy. W nocy 6/ 7.XI 1918 powołany został Tymczasowy Rząd Ludowy Republiki Polskiej. Przełomowym jednak momentem było przybycie 10. XI. do Warszawy Józefa Piłsudskiego. Skupienie pełni władzy przez jedną osobę ustabilizowało sytuację w kraju. Było to praktycznie oficjalne odzyskanie niepodległości, choć kształtowanie się granic II Rzeczypospolitej trwało jeszcze jakiś czas.

Na zakończenie, ku pokrzepieniu serc, na Dzisiejsze  Święto:

 [Tekst autorstwa zaprzyjaźnionej czytelniczki]

sobota, 20 października 2018

DOKĄD TUPTA NOCĄ JEŻ...?


Niedawno za naszymi oknami zagościła jesień. Przywitała nas kolorowymi liśćmi i ciepłymi promieniami słońca. Taka pogoda nastraja nas do spacerów po parku, czy lesie. Przy takiej okazji warto pomyśleć o jeżach, naszych kolczastych sprzymierzeńcach, które niedługo pogrążą się w śnie zimowym. Aby pomóc, a nie
zaszkodzić tym sympatycznym i pożytecznym zwierzątkom, przyjrzyjmy się ich potrzebom, zwyczajom, biologii, by przy okazji rozprawić się z najbardziej rozpowszechnionym mitem- słodko uśmiechnięty jeż z jabłkiem na kolcach.
Zazwyczaj zwierzątko to nie przekracza 35 cm i 1 kg. Najbardziej rozpoznawalną cechą wyglądu są kolce na grzbiecie; jest ich zazwyczaj ok 5 tysięcy. Kolce to tak naprawdę przekształcone włoski. Są one głównym mechanizmem obronnym jeży- dzięki silnemu mięśniowi okrężnemu brzucha, potrafią skulić się w taki sposób, że widoczne są tylko najeżone kolce, a
głowa i brzuch są dobrze ukryte. Jeże mają czarne, wypukłe oczy, czarny, wilgotny nos i wydłużony pyszczek z ostrymi ząbkami. Poruszają się na krótkich łapkach.
Ciekawostką jest to, że często przedstawiany wizerunek jeża dźwigającego nabite na kolce jabłko, jest całkowicie mylny. Jeże nie są roślinożerne. Żywią się bowiem pokarmem zwierzęcym- chętnie zjadają gady /jaszczurki, węże/ żaby, małe gryzonie. Najpowszechniejszym jednak składnikiem jeżowej diety są różnego rodzaju owady, jak
również ślimaków, wielce nieporządanych w naszych ogrodach. Może zatem warto sprawić, by takie zwierzątko zamieszkało w naszym ogrodzie?
Najważniejsze, by był to dość duży ogród i oczywiście powinien sąsiadować z naturalnymi terenami jeży. Zwierzątka te zaakceptują taki ogród, gdzie znajdą wysokie trawy, rozłożyste krzewy, kupki liści, gałęzi i innych resztek roślinnych. Można także zbudować dla naszego gościa domek- wystarczy prosta konstrukcja z patyków, pokryta liśćmi i sianem, ale wystarczy zostawić w ogródku stos liści zabezpieczony kilkoma patykami... niby drobiazg, a dla jeża to znaczy życie. Gdy posiadamy psa, dobrze jest wyodrębnić dla obu zwierząt odrębne obszary ogrodu. Zagrożeniem dla kolczastego mieszkańca naszego ogrodu może być także oczko wodne o stromych brzegach- tu zwierzątku po prostu trudno jest się wydostać i zmęczone najczęściej tonie; również trutki na gryzonie , wypalanie traw- sposób wybitnie barbarzyński, prowadzący do śmierci zwierząt w potwornych cierpieniach, stanowią niebezpieczeństwo.
Jeże muszą zadbać o zapasy energetyczne- przygotowują się wszak do snu zimowego, i gdy nadchodzą mrozy, zwykle z końcem listopada, jeże zapadają w długi sen zimowy. Ich hibernacja trwa do marca.
W czerwcu przychodzą na świat jeżyki, które są karmione przez matkę przez 6-8 tygodni i pod koniec lipca opuszczają legowisko, by żyć własnym życiem. W lipcu kolejne samce poszukują partnerek, zaś w sierpniu rozpoczynają się jesienne porody. We wrześniu i październiku wszystkie jeże mocno żerują, by przygotować się do zimy.
Czasem się zdarza , że zwierzątko nie osiągnie wagi 700 g. Brakuje mu zapasów energetycznych, budzi się i pomimo mrozów, wyrusza w poszukiwaniu pożywienia- rzecz jasna z mizernym skutkiem, a to praktycznie równe jest śmierci zwierzątka.
Co my, ludzie możemy zrobić, gdy zimą spotkamy małą, kolczastą kulkę? Zwierzątko takie należy włożyć do kartonika wysłanego szmatkami lub kuchennym ręcznikiem i przykryć delikatnie /bo może się wyziębić/. Jeśli trzymany w ręce jeż jest wyraźnie zimniejszy od naszych rąk, trzeba go potrzymać w dłoniach, aż się rozgrzeje i dopiero wtedy włożyć do czystego pudła- nigdy po żadnym innym zwierzęciu. Bezwzględnie nie wolno podawać jeżowi pożywienia. Jeże nie tolerują laktozy, nie wolno podawać im mleka, gdyż mogą zginąć w męczarniach... Niezwłocznie należy się skontaktować z jeżowym pogotowiem lub opiekunem.

http://www.naszejeze.org/index2.php?param=start

 JEŻELI ZAGROŻONE JEST ŻYCIE JEŻA: 505 140 960
[TEKST AUTORSTWA ZAPRZYJAŹNIONEJ CZYTELNICZKI]
[Info o moim drugim blogu udzielam na Facebooku, gdyż musiałem go ukryć przed wścibskimi hienami z rodziny]